poniedziałek, 16 listopada 2009
Po takim zachwycie nad pierwszym sezonem wampirzej produkcji HBO, niemożliwym staje się olanie kolejnego zestawu odcinków. Fakt, że trzeba było się naczekać, ale i tym razem naprawdę warto było. Po zebraniu tuzina odcinków można było spokojnie zasiąść do delektowania się całością. Pierwszy sezon był na wysokim poziomie, ale drugi jakoś bez wysiłku postawił poprzeczkę jeszcze wyżej. Charlaine Harris pisze kolejną część serii, a scenarzyści pracują nad trzecim sezonem. Trzeba mocniej uzbroić się w cierpliwość niż poprzednim razem - w kraju wuja Sama, odcinki wystartują w czerwcu. O pierwszym sezonie pisałam tutaj, więc czas na wrażenia z kolejnego. Przy okazji, ten poster jest dla mnie wręcz genialny. Co nam oferujedrugi sezon "Czystej krwi"? Wycieczkę do Dallas, wybryki Maryann, nawiedzonego Jasona, perypetie Jessicy, Erica w krótszej fryzurze, cudownego Andy'ego, irytującego Billa...oj, można wymieniać. Jedno nie pozostaje bez zmian - to wciąż serial przeznaczony dla widowni szczycącej się posiadaniem dowodu osobistego, prawdziwego. Seksu, nagości oraz tryskającej krwi z pewnością nie brakuje. Pierwsze odcinki jednak mogą wystawić na próbę co wrażliwszych na różne obrzydliwości. Pierwszy sezon upłynął pod urokiem Billa (Stephen Moyer), jako ideał dżentelmena o wrażliwej duszy. W drugim sezonie zdecydowanie stracił na atrakcyjności, zrobiły się z niego ciepłe kluchy. Nie pomogło nawet pojawienie się jego stwórczyni i kilka flashbacków z przeszłości Comptona. Za to postać Erica (Alexander Skarsgård) nabrała rozpędu. Był zabawny, groźny, pełen emocji. Zobaczyłam w nim kogoś więcej niż rozkapryszonego wampira, który na innych patrzy z góry. W scenach między nim a Sookie (Anna Paquin) naprawdę iskrzy. Ponoć w książkach jest wiele świetnych scen z udziałem tej dwójki, mam nadzieję, że scenarzyści je wykorzystają. Będę skandować, więcej Erica, więcej Erica. Ciągle mam problem z Anną Paquin, wciąż lekko irytuje. Jednak fajnie się słucha przekleństw w jej wykonaniu. Na dodatek styliści naprawdę się przyłożyli, bo aktorka wygląda śliczniej niż w pierwszym sezonie. Podsumowując jednak lubię Sookie w jej wykonaniu, będąc na jej miejscu trudno zachować nawet pozorną normalność. Przy tych wszystkich wydarzeniach szpara między zębami wydaje się nazbyt zwyczajną rzeczą (nie należę do osób uważających taki element za uroczy czy atrakcyjny, niestety). Sam Merlotte (Sam Trammell) również zyskał w moich oczach. Przez cały sezon zdobywał coraz więcej sympatii, po troszeczku i nie nachalnie. Wisienką na torcie jest scena przed barem. Ubrany jedynie w fartuszek, gasi race przed swym przybytkiem. W tym momencie byłam cała jego, wymiękłam totalnie. W ten sposób zajął pierwsze miejsce ex equo z Ericem. Bardzo podobał mi się wątek z Daphne (Ashley Jones), wielce koślawej , ale uroczej kelnerki. Jason, znów odegrany z wdziękiem i lekkością przez Ryana Kwantena. Idiota jakich mało, ale też nie brak mu serca. Zostaje zwerbowany do organizacji zwalczającej wampiry. Pranie mózgu Jasona nie jest czynnością czasochłonną. Szybko przyswaja komunały i staje się jednym z wyróżniających się adeptów. Jednak z czasem odzywa się sumienie, wspomnienia wampira, którego śmierć do dzisiaj mu ciąży. Wątek brata Sookie jest w zasadzie rozbrajający, zwłaszcza gdy odzywa się w nim dusza komandosa. Lecz kiedy połączy siły z Andym, to już mamy bohaterów sezonu. Tak, Andy to bez wątpienia bohater drugiego sezonu "Czystej krwi". Popada w alkoholizm, prześladuje go świnia, cudnie tańczy i na dodatek robi z siebie totalnego idiotę. Zostaje odsunięty od sprawy i strasznie to przeżywa. Andy to mój przebój sezonu. Andy Bellefleur rządzi. Amen. Kolejnym ciekawym wątkiem jest wampirzyca przemieniona przez Billa, Jessica (Deborah Ann Woll). Dziewczynie ciężko przyjąć dyscyplinę i styl życia stwórcy. Narobi kłopotów nie tylko sobie, ale też Sookie. Jednak znajomość z Hoytem (Jim Parrack) zmieni jej życie, nada jakiś sens. Uwielbiam typ urody Deborah, która okazuje się być niezłą aktorką. Rola Jessicy daje niemałe pole do popisu i dużą gamę emocji do odegrania. Grana przez nią postać jest chyba najbardziej dramatyczną w serialu, potrafi kochać, ale z równą siłą cierpi i się mści. Mam nadzieję, że w kolejnym sezonie jej postać będzie odgrywała niemałą rolę. Trudno sobie wyobrazić serial bez LaFayette'a. Zakończenie pierwszego sezonu pozostawiło widzów w niezłym napięciu. Na szczęście nie został uśmiercony i na dodatek dożył trzeciego sezonu. Najsłabszym wątkiem serialu jest Tara i jej związek z Jajem. Ani to jakieś wciągające, ani ciekawe. W zasadzie byli mi totalnie obojętni, nikli na tle innych postaci. Maryann pod koniec pierwszego sezonu intrygowała, grająca ją aktorka Michelle Forbes jest dobrze obsadzona. Jednak im dalej tym wątek menady zbliża się do granicy śmieszności. Te i pewnie kilka innych niedociągnięć nie psują odbioru jako całości. Serial jest coraz lepszy, wciąga jak narkotyk. A propos książek. Emisja serialu w Polsce zachęciła wydawcę do wprowadzenia na rynek powieści Charlaine Harris. Jakiś czas temu wydano tylko pierwszą część - "Martwy aż do zmroku" w oryginalnej i klimatycznej okładce. Teraz wypuszczane są kolejne części, ale z okładkami serialowymi. Jako postery i zdjęcia promocyjne mi się podobają, ale w konfrontacji z oryginalnymi, pierwszymi okładkami niestety tracą bardzo wiele. Zaznaczam, że jeszcze żadnej nie czytałam - czekam, aż moja biblioteka zamówi do swoich zbiorów.
sobota, 14 listopada 2009
Od ponad dziesięciu lat trwa moja "znajomość" z miesięcznikiem "Film". Wprawdzie zdarzały się kryzysy, ciche miesiące, kiedy nawet nie spojrzałam na nowy egzemplarz, skamlący bym go wreszcie kupiła. Kilka lat kupuję regularnie bez względu na poziom i atrakcyjność, lata świetności dawno przeminęły- pozostał sentyment. Jedna recenzja przykuła oko, rzadko się zdarza by amerykańska komedia romantyczna dostała tyle gwiazdek. No dobra, dla mnie to dalej gwiazdki chociaż od jakiegoś czasu przybrały formę kulek. O czym to pisałam? O recenzji Jakuba Sochy dotyczącej "500 dni miłości". Widocznie wtykanie słowa "miłość", nie jest głównie domeną dystrybutorów filmów z kraju Gandhiego. Socha określa film jako nietypową komedię romantyczną i ma rację. Na początku filmu pojawia się informacja, że podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. Wydaje się, że w tej materii nie ma nic nadzwyczajnego, ale w tym przypadku cieszyłam się, że nie zdążyłam wziąć łyka. Odejście od konwencji na samym starcie, postawienienie widza na baczność dzięki dwóm niestandardowym linijkom tekstu i człowiek czeka na więcej. Historia jest widziana oczami Toma Hansena (Joseph Gordon-Levitt), głównego bohatera i zarazem narratora. Jeszcze nie mężczyzna, ale już nie dziecko, do tego pracuje w firmie produkującej kartki. Zamiast wyżywać się artystycznie jako architekt, wymyśla życzenia na różne okazje. Wychowany ma muzyce pop, marzy o prawdziwej miłości, tej jedynej itp. Czeka nas obserwowanie rodzącego się uczucia przez wielkie namiętności na kryzysie , zerwaniu i życiu po związku kończąc. Tutaj wkracza błyskotliwy umysł scenarzysty, który podarł historię na drobne elementy, a następnie posklejał po swojemu. Skaczemy po chronologii, ale nie przypadkowo. Sceny połączone zostały z rozmysłem i humorem, a dzięki cyferkom widz wie, na jakim etapie życia bohatera obecnie się znajduje. Wspomniany zabieg, dodaje właściwie banalnej historii nowego smaku i świeżości. Pomaga spojrzeć na sprawy z innej strony. Muszę przyznać, że to udany debiut reżyserski Marca Webba. Całość została okraszona niezłym aktorstwem, świetną muzyką i zdjęciami. Nie znam dobrze dorobku aktorskiego Zooey Deschanel, mam większą sympatię do jej siostry Emily. Jak na razie utrwala się wrażenie, że w swoich filmach jest podobna. Może jakbym natrafiła na film, gdzie gra wredną sucz czy totalną idiotkę? Nie zmienia to faktu, że została dobrze obsadzona w roli Summer. W jej urodzie jest coś neurotycznego i zarazem zwyczajnego. Josepha widziałam już w "G.I. Joe: Czas kobry", nie nagrał się zbyt wiele, ale wydał mi się bardzo znajomy. Nie chodziło o to, że stanowi skrzyżowanie Heatha Ledgera z Mortenem Harketem z grupy A-ha. To moje pierwsze skojarzenie jak mu się bardziej przyjrzałam. Widać, że można uniknąć losu Lindsay Lohan czy Rivera Phoenixa. Wciąż jestem na etapie przeglądania jego filmografii, bo aktorem wydaje się być interesującym. Szukam jakiś minusów filmu i zaczynają się schody. Wiem, że to nie jest idelany i genialny film, ale nie umiem podjać się krytyki jakiegoś elementu. Nawet postacie drugoplanowe są niezłe, włączając w to kumpla z biurka na przeciwko. Sekwencja taneczna jest urocza - przecież ze szczęścia chce nam się tańczyć, choćby w duchu. Świat staje się piękniejszy, bardziej przyjazny. Humor, który do mnie w zasadzie trafia. Młodsza siostra Toma, która mentalnie jest chyba starsza od swojego brata. To wszystko tak dobrze zagrało, a po ciężkim tygodniu moja dusza znów nabrała lekkości. Jakub Socha wspomina o krótkich parodiach filmów Ingmara Bergmana. Mowa dokładnie o "Personie" i "Siódmej pieczęci". Wiem, że powinnam znać te filmy, ale jakoś nie czułam w sobie tej potrzeby. Chociaż mamy piękną jesień, a ona sprzyja oglądaniu takich filmów.
poniedziałek, 09 listopada 2009
O produkcji dowiedziałam się szperając po filmwebie. Kluczem poszukiwań są głównie aktorzy i dzięki Rachel Weisz trafiłam na bardzo interesujący film Petera Jacksona. Fabuła jest co najmniej interesująca, dowiedziałam się o istnieniu Alice Sebold. Ciągle nie miałam okazji przeczytać "Lovely bones" wydanych w Polsce jako "Nostalgia anioła". Sądzę, że jak film trafi do nas - książka zostanie wydana z filmową okładką. Po obejrzeniu trailera mam jeszcze większą chrapkę na ten film. Do tego dobra obsada: Rachel Weisz, Saoirse Ronan, Susan Sarandon, Stanley Tucci, którzy uśmierzają reakcje na Marka Wahlberga. Premiera światowa: 11 grudnia 2009 TRAILER
środa, 04 listopada 2009
"Love aaj kal" to jeden z nielicznych filmów, który zainteresował mnie samym plakatem. Ciepła i subtelna kolorystyka, a na niej jednorazowy kubeczek jakiejś sieci oraz szklaneczka z kawą - w Indiach bardzo charakterystyna. Żadnych znanych twarzy, właściwie trzeba się mocno przypatrzeć by je zauważyć. Z czasem na pewno zainteresowałabym się filmem. W końcu to nowy film reżysera "Jab we met" (wydanego w Polsce pod tytułem "Kiedy ją poznałem") oraz Deepiki Padukone. Ostatnio Saif Ali Khan stracił w moich oczach głównie doborem repertuaru. "Race" wyłączyłam po 30 minutach, a włos mi się zjeżył jak zobaczyłam na podglądzie "Tashan". Po cichu liczyłam na malutki krok w kierunku rehabilitacji. W końcu po kapitalnej roli Langdy w "Omkarze" nie może tak po prostu iść na łatwiznę. Przed samym seansem zdążyłam naczytać się skrajnych opinii - jedni zjechali inni, jak Tao, rozpływali się w pochwałach. Dzięki temu zasiadłam do oglądania nie posiadając wygórowanych oczekiwań. Oto historia Jai'a (Saif Ali Khan) i Meery (Deepika Padukone), młodych i ambitnych ludzi. Pewnego wieczora się poznają, zakochują i zostają parą. Twórcy oszczędzili nam przybliżania tej części - nie jest ona najważniejsza. Pokazana w krótkich scenkach historia związku bohaterów, ilustruje ewolucję od pierwszych uniesień po klasykę przyzwyczajenia i rutyny. On jest inżynierem marzącym o pracy w Golden Gate w San Francisco, ona konserwatorem zabytków. Kiedy w pogoni za karierą muszą żyć na odlełość, podejmują decyzję o rozstaniu. Już na początku widać, że to nie jest stereotypowa para. Wydanie przyjęcia z okazji zerwania z pewnością nie jest normalne i powszechne. Młodzi pozostają w przyjaźni, zaczynają służyć sobie nawzajem radą. Nagle szczerość przychodzi z łatwością, ale z czasem widać, że oszukują samych siebie. Kwestią czasu będzie uzmysłowienie sobie co jest najważniejsze w życiu, ale po drodze zawsze kogoś się krzywdzi. To jest historia ilustrowana jednorazowym kubeczkiem, ale przecież widzowie czekają na klasyczną szklaneczkę. Tutaj do akcji wkracza Veer (Rishi Kapoor), który opowiada Jai'owi (tak, "Sholay" jest wszędzie) historię swojej miłości. Równolegle do wątku współczesnego, przebiega opowieść o miłości młodego Veera (Saif Ali Khan) do słodkiej Harleen (Giselle Monteiro). Dwie historie miłosne osadzone w innych czasach, silnie ze sobą kontrastują. Od debiutu w "Om Shanti Om", Deepika Padukone dostaje propozycje grania z najpopularniejszymi nazwiskami Bollywood. Po Shahrukhu Khanie (OSO) i Akshay'u Kumarze (Chandni Chowk to China), przyszła pora na Saifa. W "Love aaj kal" stworzyli wiarygodną parę z niezłą chemią. W moich oczach Khan się zrehabilitował, a Padukone staje się coraz lepszą aktorką. Rishi Kapoor był uroczym akcentem, który łagodził odruchy wymiotne wywoływane przez blondynkę grającą Jo. Tutaj można zacząć odsłaniać mniej chwalebne elementy filmu. Wspomniana już blondyneczka to tragedia w czystej postaci. Problem nie tkwi w scenariuszu, ale w samej "aktorce". Trudno mi zrozumieć dlaczego tradycyjną Induskę zagrała brazylijska modelka. Postać Harleen nie miała dużo linijek tekstu i głównie wyglądała. Taniec w wykonaniu panny Monteiro nie spotkał się z aplauzem. Pomimo tego polubiłam tę dziewczynę za urok i eteryczność. Nie będę zaprzeczać, że jest śliczna. Istotę "Love aaj kal" w zasadzie oddaje piosenka "Yeh dooriyan", która po przesłuchaniu soundtracka stała się ulubionym utworem na płycie. Kilometry to nie jedyne co potrafi dzielić ludzi. Czyż nie często się zdarza, że wielkie odległości dzielą osoby siedzące blisko siebie? W moich oczach to film o dostrzeganiu przestrzeni dzieląych ludzi i umiejętności ich pokonywania. Pierwszym krokiem jest szczerość przed samym sobą. Uczciwie przyznając, film nie wychodzi daleko poza przeciętność. Jednak zauroczył mnie bez reszty. Co tam z lekka dziwny montaż, wywołująca ból blondynka. Co tam tragiczna piosenka zatytułowana "Twist"? Tam byli Deepika, Saif i Rishi, a całość zagrała na najważniejszej dla mnie strunie - emocjonalnej. Zaangażowałam się w losy bohaterów, przeżywałam każdy trudny moment. To wszystko wydawało mi się niezwykle prawdziwe. Saif przypomniał mi, że w dramatycznych scenach jest wręcz fenomenalny. Pomagała też muzyka, która doprawiała i tak już skoncentrowany nastrój. Powtarzające się tle fragmenty "Yeh dooriyan" tylko postawiły kropkę nad "i".
piątek, 30 października 2009
Tak, zniknęłam na jakiś czas. Na początku cierpiałam na kryzys twórczy, potem na ograniczony dostęp do komputera. Los tak pokierował, że na prawie dwa miesiące oddałam pokój swojej siostrze i jej dzieciom - dzisiaj się wyprowadziła do swojego nowego mieszkania, które będzie spłacała z mężem jakieś 30 lat. Zaczynało mi brakować wyżywania sie w słowie, okiełznania swych myśli, które po seansie fruwają jak świetliki. Ostatnie tygodnie to nie domena kina, ale literatury. Przeczytałam kilka książek, obecnie łykam "Zadymę w dzikim sadzie" Kiran Desai - bardzo przyjemna lektura.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Nie sądziłam, że zacznę promować taki film. Nie jestem fanką horrorów, ale co zrobić mając słabość do aniołów? Dzisiaj natknęłam się na trailer "Legionu" i widok skrzydlatego Paula Bettany'ego załatwił sprawę bez pardonu. Po "Sekretnym życiu pszczół" i "Atramentowym sercu" ma u mnie duży kredyt zaufania. Wstępny opis fabuły nie napawa dzikim optymizmem. Fragment: "kiedy okazuje się, że młoda kelnerka jest w ciąży z mesjaszem" lekko mnie osłabił, ale się nie poddaję. Premiera światowa: 22 styczeń 2010 PLAKAT TRAILER
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Jedenasty września. Dzień i miesiąc, które mówią wszystko. Przypominają to co chcemy zapomnieć, czego wtedy nie umieliśmy pojąć patrząc niemo w telewizor. Bezsilni patrzyliśmy jak znika pierwsza, druga...O tym, że świat się zmienił mówiono wszędzie. George W. Bush wypowiedział wojnę terroryzmowi. Rozpoczął się nowy rozdział w życiu Ameryki, o którego ofiarami nie byli tylko ludzie uwięzieni w gruzach WTC. Oddział antyterrorystyczny wyłamuje drzwi. Wszystkie karabiny zostają skierowane na zszokowanego i zdezorientowanego młodego mężczyznę. Rozpoczyna się przesłuchanie w siedzibie FBI. Agent Roshan (Irfan Khan) chce wyciągnąć od Omara Aijaza (Neil Nitin Mukesh) informacji dotyczących konkretnego człowieka. Przyparty do muru zaczyna opowiadać o Sameerze "Samie" (John Abraham) i Mayi (Katrina Kaif). O przyjaźni, która została przerwana jedenastego września. Agent Roshan chce współpracy mającej na celu udowodnienie Sameerowi działalności terrorystycznej. Omar decyduje się nie mając w zasadzie innego wyjścia, wierząc w niewinność przyjaciela z college'u. Film dzieli się na dwie części, ale w żadnej z nich nie dominuje wątek miłosny. Piosenki tylko ilustrują sytuacje, nie przenoszą nas pod piramidy czy na szwajcarskie łąki. Temat został potraktowany poważnie, ale też z komercyjnym zacięciem. W tym roku mija ósma rocznica zamachu na WTC, ale ilu z nas zdaje sobie sprawę z sytuacji muzułmanów i Azjatów po tym wydarzeniu? Ze wstydem przyznam, że nie nie wiedziałam nic. "New York" to przede wszystkim Neil Nitin Mukesh i Irfan Khan. Nie widziałam wcześniej żadnego filmu Neila, ale tym co pokazał w tym filmie zasługuje na zainteresowanie. Niesamowicie wiarygodny jako lekko onieśmielony chłopak, przerażony aresztant czy facet pracujący dla FBI. Nie pozostaje nic innego jak sięgnąć po "Johnny'ego Gaddara" czy "Aa dekher zara". Irfan to klasa sama w sobie, jego agent Roshan nie jest postacią jednoznaczną. Na oddzielną uwagę zasługuje Nawazuddin Siddiqui. Wcielił się w rolę Zilgai'a, mającego za sobą aresztowanie i tortury. Nie potrafi zapanować nad własnymi emocjami, żyje w ciągłym strachu i stresie. Nerwowo reaguje na stróżów prawa. Takich Zilgai'ów jest dużo i Nawazuddin nie tylko zdołał ich sportretować, ale zaszczepić w ludzkiej świadomości. Nie chcę za dużo pisać by nie zepsuć nikomu przyjemności z oglądania. Stąd obecny wpis sprawia wrażenie chaotycznego i oszczędnego.Film uważam za udany, pomimo detali do których można by się przyczepić. Choćby zakończenie, które mogłoby być bardziej przemyślane. Przed obejrzeniem miałam swoje oczekiwania i film się z nich wybronił z nawiązką. Dobry scenariusz i do tego akcja, która trzyma w napięciu.
niedziela, 16 sierpnia 2009
Po obejrzeniu "Enchated" objawiła mi się bardzo ciekawa aktorka w osobie Amy Adams. Ma niesamowity wdzięki i lekkość grania. Wprawdzie ciągle nie czuję się na siłach by obejrzeć "Wątpliwość", jednak z pewnością obejrzę drugi film w którym Adams gra z Meryl Streep. Do tego dorzucić motyw kulinarny i coraz ciężej jest uzbroić się w cierpliwość. Julia Child (Meryl Streep) oraz Julie Powell (Amy Adams) to postacie prawdziwe. Za kanwę scenariusza posłużyła książka tej drugiej zatytułowana "Julie and Julia: 365 days, 524 recipes, 1 tiny apartment kitchen". Powell pracuje jako sekretarka, ale nie jest zadowolona z tego faktu. Postanowiła więc zrealizować w ciągu roku wszystkie przepisy z książki kucharskiej Julii Child zatytułowanej "Mastering the art of French cooking". Swoje zmagania z nie tak łatwymi przepisami zaczęła spisywać w formie bloga, które ukazały się później w formie książkowej. Brzmi bardzo ciekawie. Żadnego miłosnego motywu przewodniego tylko wyzwanie. Do tego dodać ciekawą aktorkę obok obsypanej wieloma nagrodami i odrobinę cierpliwości. Premiera światowa została przewidziana na 7 sierpnia 2009 roku. W Polsce będzie można zobaczyć 9 października. Liczę na kawał sympatycznego i ciepłego kina w sam raz na jesienny wieczór.
sobota, 15 sierpnia 2009
Jakiś czas temu dane mi było usłyszeć i poczytać co nieco o "Karmelu" wydanym przez Gutek Film. Dopiero wygranie ślicznego wydania dvd (film plus muzyka) skłoniło mnie do obejrzenia debiutu Nadine Labaki jako reżyserki i scenarzystki. I w ten oto sposób znalazłam się w małym saloniku piękności w Bejrucie. Po seansie miałam ochotę znaleźć się w tym miejscu, poznać te kobiety i spróbować depilacji karmelem. Ciepłe i spokojne kino, po którym nie chce się mówić tylko tkwić w nienazwanych uczuciach i wrażeniach. Po którym ma się słodki i spokojny sen. Gdzieś tam w Bejrucie funkcjonuje sobie mały salon piękności w którym pracuje Layali (Nadine Labaki). Poza nią jest Nisrine (Yasmine Al Masri) oraz Rima (Joanna Moukarzel). Do salonu często zagląda Jamale (Giséle Aouad), a tuż obok Rose (Sihame Haddad) ma mały zakład krawiecki i przy okazji opóźnioną psychicznie starszą siostrę Lili (Aziza Seeman). Każda z nich ma swoje problemy oraz sekrety. Layali uwikłała się w romans z żonatym mężczyzną, który wzywał ją charakterystycznym klaksonem. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że się oszukuje nadzieją, że ten zostawi dla niej rodzinę. Do tego dochodzą wyrzuty sumienia w stosunku do rodziny, która oczekuje jej zamążpójścia. Zupełnie ignoruje awanse miejscowego stróża prawa w osobie Youssefa (Adel Karam). Jednak po znalezieniu w portfelu kochanka zdjęcia jego żony i córki, chce poznać tę kobietę. Pragnienie spojrzenia tej kobiecie w oczy zaczyna być jej obsesją. Pięć różnych osobowości i ich historie stykające się w niepozornym saloniku. Labaki nie stworzyła dzieła nowatorskiego, przełomowego czy oryginalnego. Pokazała zwyczajnych ludzi oraz ich problemy, ale uczyniła to w taki sposób, że nie można oderwać się od ekranu. Ciekawy scenariusz w którym nie brak ciekawych i charakterystycznych postaci. W dodatku całość jest skąpana w ciepłych barwach karmelu, który w czołówce wprawia w niesamowity nastrój. Przyznaję się bez bicia, że miałam ochotę spróbować tej słodkiej masy. Film autentycznie czaruje ciepłymi i klimatycznymi zdjęciami, które w połączeniu z delikatną muzyką Khaleda Mouzannara staje się niezłym antydepresantem. Ci, którzy oczekują żywiołowego finału, przysłowiowego trzęsienia ziemi, raczej się zawiodą. Labaki nie podsuwa oczywistrych i łatwych do odczytania wniosków. Decyzje i zachowania bohaterek widz musi sam przemyśleć. Ciągle myślę o decyzji Rose, zachowaniu Jamal czy obsesji Layali. Ich opowieść wciąż się toczy, ale poza naszymi oczami. W życiu może zdarzyć się wiele rzeczy, okazji które mogą się nie powtórzyć. "Karmel" był libańskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. Zdobył uznanie na festiwalu w San Sebastian. Był pokazywany m.in. na festiwalu w Cannes. Trudno jest uwierzyć, że Labaki to jedyna profesjonalna aktorka w "Karmelu". Młoda reżyserka szukała obsady na ulicach, sklepach i salonach. Zastanawiam się, czy to Nadine potrafi tak świetnie kierować naturszczykami czy trafiła na na naprawdę utalentowane osoby. W każdym razie to co było widoczne w "Gran Torino" Clinta Eastwooda, w "Karmelu" staje się niezauważalne.
wtorek, 04 sierpnia 2009
Tak, to co wyżej napisane to prawda. Co ciekawsze, nie przeczytałam ani jednej książki Arthura Conana Doyle'a. W pamięci trzymam lekko zamglone wspomnienia serialu telewizyjnego, który oglądałam wielce namiętnie. Do dzisiaj mam pozytywne skojarzenia ze słynnym detektywem. Na Baker Street 221 b postanowił zajrzeć Guy Ritchie biorąc ze sobą Roberta Downey'a Jr oraz Jude'a Lawa. Z miejsca napaliłam się na ten projekt i mam nadzieję, że Ritchie jest w zwyżkowej formie. Ostatnia "Rock'n'rolla" chociaż nie w moich klimatach, obiektywnie jest filmem udanym.
Robert ostatnio zyskał moją sympatię dzięki "Iron Manowi" i "Tropic thunder". Irracjonalna niechęć znikła i teraz staram się obserwować jego karierę. Jude'a kocham od pierwszego filmu. Wrażenie jakie na mnie zrobił rolą w "Utalentowanym panu Ripley'u" jest nie do opisania. Po drodze zaliczył mniej i bardziej udane filmy, ale wciąż pozostaje w czołówce lubianych aktorów. Skoro jest dwóch facetów, przydałby się czynnik kobiecy. Wybór padł na śliczną i czarującą Rachel McAdams, która potrafi grać nieźle charakterne postacie. Mam nadzieję, że jej uśmiech będzie zaraźliwy. Premiera światowa jest zapowiedziana na 24 grudnia 2009 roku. W Polsce zawita z małym poślizgiem , bo już 8 stycznia 2010 roku. Nie mogę się doczekać.
|
Ostatnie notki
Zakładki:
Aktualnie na tapecie
Blogi
Blogi filmowe
Ciekawe strony
Indie-wiadomości
Kino indyjskie-serwisy
Moje recenzje
Muzyka
O kinie do poczytania
O książkach
Trochę humoru
Znani w internecie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||