sobota, 23 października 2010
To musiało nastąpić. Ostatnie tygodnie pomagały nie tyle podjąć decyzję, co pchały do jej urzeczywistnienia. Tak się składa, że blox to kawał mojej internetowej historii - pierwsza platforma na której założyłam bloga i tym samym zapis mojego rozwoju. Kiedy patrzę na pierwsze, żenujące wpisy i na stan obecny - nie uznaję czasu za stracony. Pierwszy wpis popełniłam 23 lutego 2007 roku, przez te 3 lata z hakiem opierałam się zmianom adresu - ceniłam sobie przywiązanie do tego niezbyt doskonałego miejsca. Nie wymagam wiele. Wystarczy, że mam komfort pisania, edytowania i nikłe problemy natury technicznej. Ale ostatni rok był wyzwaniem dla mej cierpliwości. Jestem w stanie zrozumieć awarie, ale nie zjadanie tytułu notki z powodu apostrofu. Tym razem wściekła natura znokautowała sentymentalną i zaczęłam rozglądać się za nowym adresem, innym portalem. Tego bloga za nic nie skasuję. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić moje nowe podwoje: "Finding my Garden State".
niedziela, 17 października 2010
Moje pierwsze spotkanie z prozą Isabel Allende nie przeszło gładko, ale wykazywałam wiele chęci i cierpliwości. Kiedyś, we wczesnej młodości obejrzałam "Dom dusz" na postawie książki tej pisarki. Byłam oczarowana, ukontentowana- jakbym przeżyła opowieść totalną, przekraczającą ramy filmu. To właśnie te wspomnienia pomogły mi przezwyciężyć znużenie pierwszymi stronami. Inna sprawa, że po "Ines, pani mej duszy" sięgnęłam w nienajlepszym momencie - kiedy potrzebowałam nieskomplikowanej ucieczki od problemów. W efekcie zamiast przewidywanego tygodnia, lektura rozrosła się do ponad 2 miesięcy. Cóż, chyba powinnam umawiać sie z prozą Allendę jesienią i zimową porą. Dlaczego zaczęłam od "Ines, pani mej duszy", a nie znanej mi historii "Domu dusz"? Naprawdę, kobieta topless na okładce nie ma tu nic do rzeczy. To była jedyna dostępna książka w bibliotece, kiedy postanowiłam zapoznać się z twórczością chilijskiej pisarki. Lubię książki z historią w tle, a perspektywa poznania historii doni Ines Suarez, konkwistatorki Chile, nie mogła mnie nie zaciekawić. Polubiłam język oraz styl Allende i nie dziwię się jej wysokiej pozycji w świecie literackim. Mam tylko nadzieję, że kolejne spotkanie przejdzie w spokojniejszej i spójnej atmosferze - tylko ja i książka do ostatniej strony bez żadnych przerywników. Bo choć na początku przysypiałam - potem pilnowałam się by nie zarwać nocy.
sobota, 16 października 2010
Opowiadania nie są moją ulubioną formą, wciąż wspominam jak wymęczyłam "W pościeli" McEwana. "Marzycielkę z Ostendy" wzięłam ze względu na autora, nie zagłebiałam się w spis treści. Nawet gdybym wiedziała, że to zbiór opowiadań i tak bym po nie sięgnęła-skoro Schmitt mógł tak ująć mnie "Panem Ibrahimem i kwiatami Koranu" to czemu miałby na tym zakończyć. To były trzy dni z różnymi obliczami miłości - romantycznej i pełnej poświęceń zaś w tle nieodłączna śmierć. Nie ma miejsca na brud, dewiacje i przekraczania norm ogólnych. Mężczyzna opowiada jak kochają kobiety, bo to one kochają, cierpią i czekają. Czyżby zadanie nazbyt karkołomne? Ile się słyszy, że faceci są z Marsa a kobiety z Wenus. Czasem życie świadczy o tym dobitnie, ale czy reguły nie potrzebują wyjątków? Miałam wrażenie, że uczucia i gesty w 5 opowiadaniach szły w kierunku wyidealizowania, jakby wyjęte z oparów epoki romantyzmu. Na tym tle wyróżnia się "Zbrodnia doskonała" oraz "Kiepska lektura"(ta historia zdecydowanie odcina się od pozostałych), które zaraz po tytułowym opowiadaniu zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie chcę wartościować opowiadań, układać rankingów - każde warto przeczytać i w sobie przetworzyć. Czym jest miłość? Dla jednych wspomnieniem, dla innych czekaniem, motywacją do zmian. Może być tak oczywista, że niezauważalna. Śmierć jest na końcu każdej drogi, od nas zależy jak długiej i wartej zachodu. Schmitt tak przeplótł te dwa motywy, że uniknął taniego moralizatorstwa i banalnego podejścia do sprawy. Były oczywiste jak słońce i księżyc.
środa, 13 października 2010
Tytuł przetłumaczono nazbyt dosłownie, nie uwzględniając charakteru filmu i specyficznego świata kanciarzy i oszustów. "Sting" oznacza nie tylko "żądło", ale też kant, szwindel - w takim rozumieniu powinien być Polakom przedstawiony oscarowy film. Jeszcze niedawno byłam święcie przekonana, że widziałam. Niedawny seans uświadomił mnie w jakim byłam błędzie. We wczesnej młodości oglądałam dużo filmów w telewizji i z czasem pamięć potrafi być zwodnicza. Teraz przynajmniej mogę z całą pewnością i z dumą ogłaszać, że widziałam "Żądło" i na dodatek świetnie się przy tym bawiłam. Mamy Amerykę, lata 30. ubiegłego wieku. Johnny Hooker (Robert Redford) zauważa czarnoskórego mężczyznę, który właśnie zostaje obrabowany. Bez namysłu ścina złodziejowi nogi i oddaje rannemu własność. Świadkiem wydarzenia jest mężczyzna, który jednak decyduje się na pomoc. Okazuje się, że do 16:00 ranny musi dostarczyć pokaźną kwotę, a ranny w nogę nie zdąży na czas. Hooker nie jest pewny czy może się narażać, ale drugi mężczyzna widząc taką gotówkę - decyduje się dostarczyć. Ledwie wsiadł do taksówki, zorientował się, że został okradziony. Hooker i czarnoskóry Luther Coleman (Robert Earl Jones) zwiali jak najdalej, ciesząc się z pokaźnego łupu - 11 000 $. Tak, obaj są oszustami i wspólnie okradają co ciekawszych ludzi. Po tej akcji Coleman decyduje się skończyć z tym procederem i zacząć legalną pracę u kuzyna - ale nie zostawia Johnny'ego samego i wysyła go do Henry'ego Gondorffa (Paul Newman) . Jednak radość na początku filmu zwiastuje niemałe kłopoty. Otóż skorumpowany policjant Snyder (Charles Durning) uświadamia Hookerowi, że okantował Doyle'a Donnegana (Robert Shaw) i czeka go marny żywot. Przy okazji zażyczył sobie kwotę, którą Johnny już przepuścił. Daje mu fałszywki i biegnie ostrzec Colemana, niestety przybył za późno - ludzie Doyle'a zrobili swoje. Hooker nie miał po co wracać do mieszkania i uciekł z miasta by znaleźć Gondorffa. "Żądło" powstało po to, by widzowie znów mogli cieszyć się duetem Newman-Redford, który zrobił furorę w "Butch Cassidy i Sundance Kid" (chętnie odświeżę wspomnienia). Twórcom udało się mnie zaskoczyć i to więcej niż raz. Niby miałam pewność, ale coś ją kruszyło. To właśnie ten dreszczyk niepewności, muzyka Scotta Joplina i duet niebieskookich facetów sprawili, że zakochałam się w filmie. To świetne, rozrywkowe kino z doskonałą bazą scenariuszową.
wtorek, 12 października 2010
Odkąd pamiętam, zawsze miałam słabość do Roberta Redforda. Talent aktorski połączony z chłopięcą urodą z magnetyzującym spojrzeniem niebieskich oczu to chyba jawna niesprawiedliwość/ Kiedy czytam, że Brad Pitt jest następcą Roberta - po obejrzeniu kilku wcześniejszych filmów uznałam, że coś w tym jest. Tak jak przyuważyłam, że Hugh Grant ma coś z Jamesa Stewarta. Ale nie odbiegajmy od tematu. Wystarczył jeden wpis zachwytu nad Redfordem na pewnym forum, by zapaliło się zielone światło. W ten oto sposób wypatrzyłam film Sydney'a Pollacka, który po wstępnym zapoznaniu się z fabułą wskoczył z miejsca do szuflady "must see". Obejrzałam i przez kilka dni zbierałam myśli - jest się nad czym zastanawiać i co analizować, a nie jest to boska fizjonomia Redforda. Przed nami historia Katie Morosky (Barbra Streisand) i Hubbella Gardnera (Robert Redford) na przestrzeni wielu lat, począwszy od lat 30. ubiegłego wieku. Ona to aktywistka i idealistka, biorąca wszystko na śmiertelnie poważnie, w czasach studenckich udzielała się w Lidze Młodych Komunistów. W zasadzie skazana na życie jako outsiderka, a ambicja utrudnia znoszenie porażek, kiedy wyróżnienie profesora idzie do Hubbella - złotego chłopca Ameryki. Gardner jest przystojny, wysportowany otoczony wianuszkiem pięknych dziewczyn. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy i do wielu spraw podchodzi z dystansem - nie czuje w sobie genu wojowniczego aktywisty. Po latach drogi Katie i Hubbella się przecinają, dając obraz relacji dwóch odmiennych osobowości. "Tacy byliśmy" to przede wszystkim popis duetu, który więcej nie spotkał się na planie. Czasem trudno uwierzyć, że między nimi narastał konflikt, a sama produkcja była pasmem problemów i nieporozumień. Robert i Barbra świetnie się uzupełniali. Ona nadpobudliwa i gadatliwa aktywistka, on łagodny i uśmiechnięty, zdystansowany do wielu spraw. Jedynie co mnie raziło to szpony Streisand, które szczególnie w wydaniu czerwonym zaniżały odbiór.
poniedziałek, 11 października 2010
Wiem, że nie jest to najświeższa wiadomość, ale muszę to uwiecznić w moim blogowym zakątku. Otóż uwielbiany przeze mnie serial wyprodukowany przez amrykański kanał telewizyjny ABC, będzie emitowany w niedziele na TVP2, o godz. 22:00 zaczynając od 17 października. Ci co nie mieli okazji zrozumieć mój zachwyt zarówno nad pierwszym jak i drugim sezonem, może sami wpadną w sidła Castle'a i jego ekipy. Wprawdzie w tym samym czasie Polsat puszcza kolejny sezon "Kości", ale za kanałem publicznym przemawia brak przerw reklamowych. Mam też cichą nadzieję, że znajdzie się wydawnictwo chętne do spolszczenia książek Richarda Castle'a. W końcu seria Charlaine Harris o Sookie Stackhouse jest po kolei wydawana po emisji serialu na polskim kanale HBO. Zobaczymy.
niedziela, 10 października 2010
Coraz bardziej doceniam wyzwanie oscarowe do którego z wielkim entuzjazmem się przyłączyłam. Z planowanych czterech żelaznych tytułów obejrzałam na razie dwa, a "To nie jest kraj dla starych ludzi" oraz "Gandhi" jeszcze trochę wytrzymają, prawda? W końcu regulamin uległ pewnej modyfikacji i wyzwanie nabrało charakter bezterminowy. Tak się składa, że weszłam w cug oglądania starszych filmów i mój głód filmowy nieustannie zerka w stronę lat 40., 50., 60. i 70. Inny świat, stylistyka, maniera i technologia. Z przyjemnością sięgnęłam po osławioną "Garsonierę" z Jackiem Lemmonem i młodziutką Shirley McLaine. Zastanawiałam się jaka to musiała być komedia, że dostała najważniejszą statuetkę? Należy pamiętać, że gusta American Academy Awards są zmienne - w obecnych czasach wzbudzają najwięcej kontrowersji, a ranga nagrody dla przeciętnego kinomana nie ma już takiej wartości. Calvin Clifford Baxter pracuje w molochu ubezpieczeniowym, gdzie codziennie przewija się tłum pracowników niczym szara, znużona masa. Pracuje na swoim pięterku w wielkiej hali wypełnionej identycznymi biurkami, awans w takich warunkach wydaje się być niemożliwy - jak jego praca miałaby być wypatrzona w morzu równie ambitnych mrówek? Trzeba to jakoś obejść, wkraść się w łaski przełożonych by uzyskać odpowiednie rekomendacje. Wygląda na to, że znalazł rozwiązanie, ale nie pozbawione mankamentów. Nie może wrócić do swoich czterech kątów kiedy chce - wypożycza swoją garsonierę na schadzki wedle ustalonego hamonogramu. Efekt jest taki, że sąsiedzi mają go za ogiera o naprawdę końskiej wydolności. Jakie to urocze było, dobre i niesztampowe. Od pierwszych minut zostałam wciągnięta w historię dzięki narracji pierwszosobowej z dozą autoironii. "Garsoniera" jest filmem dopracowanym na poziomie scenariusza, przynajmniej mnie trudno jest doszukać się poważnych uchybień. Może postać Sheldrake'a jest zbyt negatywna, a raczej nieco przerysowana w swej tchórzliwej i dwulicowej naturze. Przy romantycznym karierowiczu Baxterze kontrast pali po oczach. Przyglądając się sferze fabularnej widać konsekwencję i humor, którego nie brakuje też w świetnych dialogach. Nawet zakończenie nie uległo pokusie stania się ociekającym słodyczą kiczem - to chyba jeden z najciekawszych i najbardziej wpadającym w pamięć. Nie oszukiwałam się, że zakończenie będzie inne, ale między pierwszymi scenami, a tekstem "Zamknij się i rozdawaj" jest świetnie zrobione i zagrane kino. Bo czym jest film bez aktorów? Jacka Lemmona znam chociażby z innego filmu Wildera, "Pół żartem, pół serio" (pamiętne "Nikt nie jest doskonały"). W "Garsonierze" był równie uroczy tyle bez damskich fatałaszków i dla pełniejszego ocenienia jego aktorstwa potrzebuję zobaczyć go w odmiennych kreacjach. Jako Baxter był bezblędny, naturalny, a w scenie odkrycia tożsamości kochanki Sheldrake'a zrobił na mnie niemałe wrażenie. Oglądając "Garsonierę" przypomniałam sobie indyjski film "Life in a...Metro", wydany w Polsce na dvd jako "Życie w Metropolii". Jeden z wątków to wypisz wymaluj "Garsoniera" w koncentracie. Ciekawe gdzie jeszcze można znaleźć inspiracje lub hołdy składane filmowi reżysera z Suchej Beskidzkiej.
sobota, 09 października 2010
Ostatnio przyhamowałam z produkcją wpisów. Złożyło się na to kilka spraw. Brakowało mi weny twórczej by opisać swoje wrażenia z takich filmów jak "Garsoniera", "Tacy byliśmy", "Żądło". Czytanie poprosiło mnie o krótką przerwę, ale z coraz większą przyjemnością zagłębiam się w "Inés, pani mej duszy" Isabel Allende - co uważam za bardzo dobrą wiadomość. Ostatnia sprawa zajmuje mnie od wtorku - dostałam się na szkolenie "Nowoczesny pracownik obsługi biura ze znajomością kadr i płac". Przez 5 dni w tygodniu do 19 listopada będę mniej aktywna, ale to pierwszy tydzień bywa najbardziej męczący. Kolejnymi zagrabionymi skarbami miałam pochwalić się wcześniej, ale jakoś nie chciało mi się nawet foty strzelić. Tym razem książkom towarzyszy bucik-breloczek z Zakopanego, prezent od pasiapsióły z drugiego końca Polski.
Poziomo od góry (wypożyczone z biblioteki):
Pionowo od lewej (pożyczone od rodziny):
sobota, 02 października 2010
Jedne książki wciągają od pierwszego rozdziału i ani myślą dać chwilę wytchnienia. Inne potrzebują niezłego rozbiegu zanim porwą na tyle, że czytelnik sam siebie chwali za cierpliwość. "Nigdziebądź" miał rozbieg spory i najeżony pułapkami, a najgorszą z nich było usypianie na pierwszych rozdziałach. Czytanie z początku szło wybitnie ślamazarnie, przerywałam na rzecz innego tytułu i wreszcie. Dotrwałam do strategicznego punktu, którym było zejście głównego bohatera do Londynu Pod. Od tego momentu przypominałam sobie za co lubię Neila i zaczęłam planować zwiedzanie lodyńskiego metra. Oczywiście w bliżej nieokreślonej przyszłości. Richard Mayhew jest zwyczajnym facetem. Ma pracę, lekko rąbniętą na punkcie statusu narzeczoną, garść znajomych i mieszkanie. Nim przybył do brytyjskiej stolicy, pewna kobieta ostrzgała go przed drzwiami. "Strzeż się drzwi" mawiała. Jednak co to dokładnie oznaczało? Zaraz, w końcu kto normalny wierzy w takie rzeczy? Jeden wieczór udowodni Rickowi, że choć jest normalny (mimo kolekcji pstrokatych trolli na biurku) nie będzie w stanie negować tego co zobaczy. Jeden wieczór zmienił jego życie. Kiedy wieczorem zabiera z ulicy ranną dziewczynę, nie spodziewał się, że ostrzeżenie tamtej kobiety właśnie się spełnia. Młoda, brudna, dziwnie ubrana, rozmawiająca ze szczurami - szybko się wylizuje z poważnej rany. Tak poznaję Panią Drzwi, córkę Portyka - dziewczynę z Londynu Pod, której grozi niebezpieczeństwo. Croup i Vandemar, zawodowi i sadystyczni zabójcy, ścigają swą niedoszłą ofiarę. W towarzystwie markiza Carabasa, Richard schodzi do Londynu Pod i wraca do własnego życia. Niedługo odkrywa, że w Londynie Nad już nie istnieje - nie pozostaje mu nic innego jak zejść do podziemi i odnaleźć Panią Drzwi i rozwiązanie własnych problemów. Początek szedł topornie, trzecia książka autora jaką czytałam po "Gwiezdnym pyle" oraz "Koralinie" i walczyłam z sobą by nie cisnąć książką o ścianę. Jednak nie zrobiłabym tego z dwóch powodów - powieść została wypożyczona z biblioteki, a po drugie - nie potrafiłabym wyżyć się na książce. Obskurny obraz podziemnego świata totalnie mnie zauroczył - magiczny, nieobliczalny i bogaty. Nie brakuje makabrycznych opisów, czy scen testujących wytrzymałość żołądka, tak jak sceny poważne przeplatają się z zabawnymi, nasączonymi czarnym humorem. Jeszcze bardziej doceniłam styl Gaimana, jego umiejętność plastycznego opisywania świata i dbałość o detale.
środa, 29 września 2010
Przede mną wiele filmów, które wypada znać i przez długi czas do niezaliczonej grupy należała kultowa do granic możliwości "Casablanca". Trochę wzbraniałam się przed seansem, czasem niepisany przymus znania jakiegoś filmu odpycha. Do dzisiaj wspominam jak bardzo chciałam obejrzeć "Love story". To było pod koniec podstawówki, pora emisji bardziej ludzka i kanał bez przerw reklamowych. Chciałam, naprawdę chciałam go zobaczyć, ale po 30 minutach nie byłam w stanie organicznie wytrzymać. Nie chciałam by się to powtórzyło, wiem - głupie podejście. W końcu w ramach "Wyzwania oscarowego" postanowiłam coś z tym zrobić. Obejrzałam i odetchnęłam z ulgą - spodobało mi się i to bardzo. Casablanca, rok 1941. Miasto uchodźców, którzy traktują miasto jako przystanek w drodze do Ameryki. Z Marsylii do Oranu, stamtąd do Casablanki (Maroko Francuskie). Jeżeli otrzymają wizę, ruszają do Lizbony gdzie czekają statki do Stanów Zjednoczonych. Uzyskanie wizy nie zawsze jest proste i na miejscu rozkwitł czarny rynek. W jednym z pociągów z Oranu znaleziono ciała dwóch niemieckich kurierów, którzy dostarczali ważne dokumenty. W ramach walki z przestępczością, rozpoczął się projekt łapanek wśród emigrantów. Tutaj nikt się nie patyczkuje. Uciekasz? Zarabiasz kulkę w plecy. Istnieją podejrzenia, że zabójca zjawi się w barze Ricka Blaine'a (Humphrey Bogart). Właściciel wyświadcza Ugarte (Peter Lorre) przysługę i bierze na przetrzymanie listy tranzytowe skradzione niemieckim kurierom. Miał je sprzedać za niemałą kwotę i wynieść się z miasta. Nie zdążył, został aresztowany na oczach wizytującego majora Strassera. Niedługo potem do baru wchodzi Victor Laszlo (Paul Henreid) z piękną Ilsą (Ingrid Bergman). Młoda kobieta ma wrażenie, że zna muzyka przy fortepianie. Świat jest mały i to co skończyło się w Paryżu, rozpędza się w Casablance. Ku memu zaskoczeniu, to romansu w filmie nie jest dużo i co najciekawsze - nie przeszkadzało mi to. Wątek Ricka i Ilsy został sprowadzony do stanu esencji. Zamiast rozwlekłego love story, mamy historię dwojga ludzi, których los ze sobą poznał by potem zagrać im na nosie. Rick przybył do Casablanki razem z przyjacielem Samem (Dooley Wilson). Zawód miłosny uczynił go oschłym i twardym, ale czasem daje upust sentymentom. Nie angażuje się w żadne działania podziemi, nie stoi po niczyjej stronie - neutralny niczym Szwajcaria. Ma dobre kontakty z kapitanem Renault, który często wygrywa w jego kasynie. Kiedy w barze zjawia się Ilsa, na początku trudno mu zachować pozory. Dziewczyna pojawia się w towarzystwie Victora Laszlo, znanego opozycjonisty, który uciekł z obozu koncentracyjnego. Kiedy ten zwraca się do Blaine'a z prośbą o pomoc - z miejsca mu odmawia. Kluczem pozostaje Ilsa i niezabliźnione rany. Przed chwilą sobie uświadomiłam, że to mój pierwszy film z Bogartem - nazwisko kojarzę od dziecka a dopiero teraz teorię przekułam w praktykę. Oglądałam go z przyjemnością, starając się jednocześnie wychwycać to co czyni Humphreya Bogartem. Tylko patrzeć jak zacznę oglądać kolejne filmy tylko dla niego. Może ten zachwyt jest klasycznym falstartem i dopiero po kilku filmach powinnam wypisywać pochwały - jednak obserwowałam jego grę z wielką przyjemnością. Trudno mi za to zająć stanowisko w sprawie Ingrid, coś czuję, że zawiniła przeczytana biografia autorstwa Donalda Spoto. Biograf nie krył absolutnej sympatii do Szwedki i jej aktorstwo wynosił na piedestały. Może spodziewałam się fajerwerków, ale dla mnie było tylko w porządku. Bywały chwile kiedy błyszczała, rozjaśniała ekran uśmiechem czy nadawała ton barwą głosu. Jednak podświadomie oczekiwałam czegoś więcej. "Casablanca" jest tak powszechnie znanym i cytowanym filmem, że nie dało się nie znać zakończenia. Jeżeli mimo tego oglądałam film z czystą przyjemnością, świadczy to tylko o klasie filmu. Chyba przyda się powtórka "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Woody'ego Allena - bezwstydnie naszpikowany "Casablancą". Może wtedy większość aluzji i cytatów będzie dla mnie czytelna. Znakiem rozpoznawczym jest piosenka "As time goes by" śpiewany przez Sama, ale mnie nie chwyciła. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Zaś z ciekawostek dodam, że postać Victora Laszlo mogła być wzorowana na Polaku o czym można poczytać w tym artykule.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A może wyzwanie?
Blogi
Blogi filmowe
Blogi, fora i strony książkowe
Ciekawe strony
Moje recenzje filmowe
Moje recenzje książkowe
Moje recenzje serialowe
Obejrzane, przeczytane...
Trochę humoru
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||